Popielec

Znaczy się taki dzień, który ma przypomnieć, że od czasu, do czasu trzeba zasiać pożogę i zniszczenie?
Żeby niby dać przyzwolenie na zniszczenie tego co moje ego tak skrupulatnie budowało?

Żeby pozwolić swojemu ciału poczuć, gdzie pali?
Żeby pozwolić duszy się wygadać co znowu Ona chce? Co ta franca znów wymyśliła? O boszsz i może jeszcze nowy poziom świadomości?

I co? I teraz może jeszcze temu wszystkiemu dać czas, żeby sobie dojrzewało?
I nie myśleć o tym, nie maglować, tylko czuć i dać sobie czas????
Pozwolić czemuś umrzeć?????

A potem za jakieś głupie 46 dni zajrzeć znów w ten popiół, w brudy, grzebać czystymi rączkami, usmarować się, w zgliszczach i zwłokach się znów paprać?
I co? I po co?
Zapytam.
Tym czasem poproszę 3 zdrowaśki w piecu. Niech się dzieje, co chce!!!


A gdyby tak pozwolić umrzeć temu co moje ego uważa za swojego Boga?
Tak dla własnego spokoju. Zbawienia, że się tak wyrażę.
Podejść na dział z żałobami.
Inwentaryzacje przeprowadzić. Zobaczyć, obwąchać. Co to za ślady, zapachy. Czy ciepłe? Co to? Moje? Tylko poczuć. Myśli won!

Sercu pozwolić wpaść do żołądka, wynurzać się w kwasie. Po co?
Bo ono wtedy bardziej jest obrane, bez skórki, wrażliwe, kruche.
Wystarczy następnego dnia zalać wrzątkiem i wypływa na powierzchnie jak pierogi.
Aldente, w sam raz.
Z większą pojemnością i lepszym zasilaniem.

Tak. Cholera.
Mówię tak! Takiej Wielkanocy.
Mówię tak! Takiemu codziennie.
Wielka noc.
Wielki dzień.
Codziennie.