Pokora

Pokora to taki hardy kark zmiękczony, rozluźniony brakiem myśli, ocen, odpuszczeniem.
Każde doświadczenie może być lekcją lub darem.
Z pokorą łatwiej. Wtedy staje się jednym i drugim.

Najpierw miłosierdzie, miłość dla siebie, pokora. Później dopiero można do ludzi.
W każdym innym razie to tylko poświęcenie, albo dług.

Z czym do ludzi? Z równością, ze zrozumieniem? Ha! Ani jedno, ani drugie.
Nie jesteśmy równi, jesteśmy różni! I to jest najlepsze, chociaż trudniejsze do przetrawienia. Nieintelektualnego, empatycznego odczucia, bez współczucia dla odmienności.

Nie po to bozia dała nam co innego, żebyśmy się mieli porównywać, zrównywać.
Zrozumienie. Też dobre.
Czy ja mam prawo oczekiwać od Pana z zaciśnietymi pięściami i szczękościskiem, że On mnie zrozumie. Co mam w głowie? Co mam w ciele? Na czym wyrosłam?
Żebym ja siebie choć czasem zrozumiała.

Oni, to inni my, ja to inna ty, tytoinnyjamytyonija.
Jest taka warstwa w której wszystko jest wszystkim. Miłość się nazywa.
Ale, ale!!! Oto człowiek!!!! Woła heeeeellooooł!
„Ja, JA i jeszcze raz ja!”.

Człowieku. Kochany człowieku.
Jedyne, co masz to własne zdrowe granice, im lepiej strzeżesz, czujesz, komunikujesz, im więcej ogarniasz we własnym popieprzonym raju, małym życiu, radosnym piekiełku, tym mniej zamanifestuje się na zewnątrz. Parada różności, parada miłości i pokora…