Wyspiański made my day

Dziś odwiedziłam wystawę „Wyspiański” w  MNK. Właściwie jechałam na nią z takim trochę nastawieniem „No tak. Wyspiański wielkim artystą był…” OK! Zobaczę”. Tymczasem! Wyspiański made ma day.

Szaroburo, zimno, trasa przez cały jeszczezimowy Kraków, a tu proszę! Prosto na łąkę zlądowałam i jeszcze ludzi na niej mało. Powiew świeżego powietrza w mroczny, smogowy dzień.

Ta wystawa dała mi 5 megaton czystej radości. Czułam się, jakbym bosymi stopami po trawie skakała. Wiosna mi już po głowie daje od miesiąca, włóczy się za mną i w snach pachnie, a tymczasem za oknem mrozy i smoki.. pardon smogi. A ja już nie mam siły tej wiosny odraczać. Coś mnie jednak przygnało na tę wystawę nie bez powodu. Baterie naładowałam i powiedzmy jeszcze tydzień lub dwa wytrzymam.


I znów myślę o tym uniwersalnym mistrzostwie, o sztuce w takiej czystej postaci – jak te kwiaty Wyspiańskiego. Że to nie są tylko dekoracje, że właśnie na tym też sztuka polega, że te kwiaty żyją, falują, zioła pachną. Każda linia, kształt jest we właściwym miejscu i dysonanse i kontrapunkty są we właściwym miejscu, wszystko jest tam, gdzie powinno. Całość to harmonia i natura i rytm i melodia w tych roślinach. Ubrałam się dziś te kwiaty i długo ich nie zdejmę.

Mam też wrażenie, że im bardziej Stasiu (od dziś Wyspiański funkcjonuje w mojej wyobraźni jako mój koleżka) na luzie pracował, bez powagi i blisko natury tym lepiej mu szło. Jakoś nie kupuję tych scenografii, kostiumów. Wszystko to takie bardzo serio, sztywne i ciężkie, jakby S. ciężką frustrację i mękę twórczą odczuwał.

A kwiaty?Nie mogę sobie z wyobraźni usunąć obrazu Staszka uganiającego się po łące i wyrywającego zielska z korzeniami – te, te i jeszcze te!!! I to jeszcze taki poważny Pan artysta, a gania jak wariat i malwy wydziera. A przecież to kawał chwasta, nielicho trzeba się namodzić, żeby go wyrwać. Ubaw po pachy mam z tej wizualizacji. No więc powizualizuję sobie jeszcze troszkę i dołączam.