BRZYDKIE SŁOWO NA K…

Kopiowanie obrazów – czym jest dla mnie?

 

Zdaje się, że to określenie: „kopia obrazu” u wielu osób wywołuje dość pejoratywne skojarzenia… Że to taka ściema, że to dla ludzi, którzy nie potrafią nic sami namalować, mogą jedynie czerpać z czyjegoś talentu i pasożytować na nim. Wszystko to prawda.

Pasożytuję na sztuce, czerpię z niej co się da. Przerabiam i przetrawiam siebie, poprzez co to co inni ludzie w obrazach zawarli, a czego ja nie potrafię wypowiedzieć. Tak też sobie myślę… czym innym jest sztuka jeśli nie tym? Każdy twórca się wybebesza, swoje przeżycia przenosi na obraz, zostawia na nich to, co się w nim nie mieści: na płótnie obrazie, filmie. A później ktoś – widz, patrzy i nagle porusza w nim to czułe struny. Czasami to są drobiazgi: brwi Aniołów Rublowa, skrzydła Durera, niewygodny – niedopasowany turban Dziewczyny z Perłą, nieodgadnione i nieobecne spojrzenie Czarnej Madonny, płaszczyzny i bezmiar Rothki, postaci Boscha to żywcem przeniesione moje sny – tylko kolorowe. A czasami jest to wszystko, plus technika, format, rozmach, emocje autora, emocje modela, czas, kontekst…

Dla mnie kopiowanie obrazów jest jak gra aktorska

Każdy scenariusz można zagrać inaczej. Zupełnie nieprzypadkowe jest porównanie do gry aktorskiej, ponieważ dokładnie tak sobie wyobrażam kopiowanie obrazów. Wchodzę w obraz, myślę i śnię o nim. Gdy piszę „wchodzę w obraz” mam na myśli stan w którym zaczynam czuć gesty autora. Czuć jego sposób nakładania farb, tempo malowania, jego stan emocjonalny. Wtedy wiem że niektóre obrazy- jak np. Trójca Święta Rublowa, to nie cyzelowana wielogodzinna wyplatanka. To jest gest, rozmach, ogromna ekspresja, w tym obrazie wszystko jest jakby od jednego niepowtarzalnego dotknięcia. Sądzę zresztą, że to właśnie też cechuje prawdziwe dzieła sztuki – żadnego męczenia materiału. To są tylko pojedyncze dotknięcia, w których skupia ogromna moc, energia, treść, myśl lub idea.

Każdy kolejny obraz jest nową rolą

Do każdej sumienie się przygotowuję i nie biorę tych, które nie wywołują we mnie emocji. Każdy kolejny obraz, to dla nie nowe wcielenie. Nie wyobrażam sobie lepszego sposobu kontemplowania sztuki, niż kopiowanie. To jest jak odtwarzanie ulubionej muzyki, czytanie kilkakrotnie ulubionych książek, odkrywając w nich wciąż i wciąż coś nowego. Nigdy mi się to nie nudzi. Im bardziej obraz mnie porusza tym głębiej wchodzę. Zdarzają się obrazy, w które wskakuję na główkę, pławię się w temperamencie autora, w historii którą opowiada, w technice. Po każdym trudnym obrazie staję się co raz to nową osobą, bogatszą. I w każdym obrazie coś oddaję, zostawiam. Zwykle kończy się to trzytygodniowym chorowaniem.

Nagroda

Czasami, gdy wchodzę rano do pracowni, i jestem nieprzytomna i myślę sobie: nieee no dziś to ja chyba jestem w stanie tylko tu posprzątać. Spałam 4 godziny i wstawałam do dziecięcia mego 4 razy, po czym drugie me cudo organizuje pobudkę o 5 rano, RANO !!! Czy po czymś takim, można jeszcze cokolwiek twórczego uczynić? Siadam sobie, przymykam oczy, pokiwam się chwilkę rozważając ponowne pójście spać, po czym otwieram oczy i widzę, któryś z obrazów nad którymi pracuje i i trafia mnie… o nie!!! To ramie jest o milimetr za wysoko – ono oznacza „ hej, jestem pewną siebie osobą, zawadiacką, młodą OTWARTĄ” a miało oznaczać coś zupełnie innego miało opowiadać o niepewnej siebie dziewczynie, o pięknej i czystej duszy, tylko z tym wewnętrznym blaskiem… Nawet się nie namyślam ruszam z impetem szarżującego tura, jakbym szczury przeganiała… Przykładam pędzel i nagle patrzę… przecieram oczy – godzina 15.00… no cholera!! znów popsuł się zegar???

A zatem kopiowanie obrazów jest moim światem równoległym, disneylandem, uzależnieniem, wytchnieniem i udręką, tak to chyba wszystko.